Świat snów… czym jest? Prawdą czy mrzonką, projekcją w jakiejś nieznanej mi technologii? Takie pytania coraz częściej pojawiają się w moim umyśle. Pobudzają je właśnie sny, których doświadczam. Nie chodzi mi tu jakieś niewyraźne i niezrozumiałe migawki z wyimaginowanej przestrzeni świata równoległego, mieszkania czy pleneru, tylko o sny, krótkie fragmenty wyjęte jakby z życie realnego. Sny, które są tak realne jakbym fizycznie istniały w tej innej scenerii. Jakby nie było świata w którym żyjemy. Często w tych realistycznych snach widzę siebie. Przemieszczam się w przestrzeni, w której pojęcie czasu nie występuje a on sam nie przemija tylko jest stały w czasie teraźniejszym. Dzisiaj doświadczyłem takiego snu. Jestem w jakimś mieście, które jest w fazie totalnego remontu. Miejsce chodników zajmuje goła ziemia. Chodzę wzdłuż tych ziemnych jakby chodników - grządek i poprawiam niedbale wsadzone przez kogoś innego rośliny i warzywa.
Dochodzę jakby do końca długiego, ziemnego zagonu a tam czeka na mnie moja dziewczyna. Jest ubrana w jasnego koloru rzeczy. Cieszymy się z tego spotkania. Biorę ją w ramiona, obejmuję czule. Chwilę stoimy w niesamowicie realnej przytulance a potem całujemy się namiętnie, perfekcyjnie, długo i tak realistycznie jakbyśmy mieli po 30 lat. Z każdym najdrobniejszym szczegółem intymnego pocałunku. Jakbyśmy byli parą kochanków, zakochanych w sobie bez pamięci. Czuję, że na kilka godzin musimy się rozstać toteż przedłużam namiętny pocałunek. Przechodnie jakby na nas patrzą ale nie wyrażają żadnych uczuć zazdrości, krytyki czy zawstydzenia. W chwili gdy gaśnie nasz niesamowity pocałunek budzę się i w pierwszym odruchu rozglądam za dziewczyną… niestety kadr ze snu zniknął bezpowrotnie a ja zastanawiam się która rzeczywistość była czy jest prawdziwa. Tamta ze snu czy ta w której się obudziłem...